Bloog Wirtualna Polska
Są 1 267 962 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Skarga wyrzutka.

wtorek, 22 czerwca 2010 23:14
Jak kontrolować to co do mnie dociera , wbija się we mnie, zmienia mnie, zostawia trwały ślad?
Jak trzymać z daleka od siebie to wszystko co wykręca moje życie i myśli. Czuję się bezbronny, jak otwarta rana narażony na infekcje i zatrucia. Osaczają mnie hasła, informacje, prawdy, zasady i świętości i tak boleśnie czuję, że odstaję, że nie pasuję.
To wszystko wiem tylko ja. Na zewnątrz, wciąż ten sam wpasowuję się, doganiam, zmieniam całego siebie, jestem zesztywniały ze strachu. Czuję, że pierwsze uderzenie, które nadejdzie rozbije mnie na części jak porcelanowy dzban i żadna siła mnie nie pozbiera. Przyklejony uśmiech, nienaturalny krok, fałszywe gesty - oni cały czas mnie obserwują, oceniają i jednym słowem mogą zrobić ze mną wszystko.
Bezsilność pojawia się najczęściej. Wiem, że mnie okradają, wysysają moje soki, wykorzystują.
Mała część chorego systemu - wymienialna w każdej chwili do zastąpienia przez nowy model. Posłuszny, oddany, przekupny i służalczy.
Chcę wyrzucić z siebie to wszystko. Wszystko co wiem. Miliony niepotrzebnych pojęć i połączeń, słowa, które określiły i na zawsze ułożyły. Zablokowały myśli na wiele długich lat.
Mój bunt jest świadomy i bolesny. Czuję go całym sobą, rozdziera mnie na części - to stan wojny i chaosu. To tworzenie siebie od nowa, ucieczka i powrót, nienawiść i miłość.
Kim jestem? Tak często czuję się nikim i wszystkim jednocześnie. Niewolnik w wirtualnych kajdanach - nie widzę ich, ale czuję. Zrywam, aby zaraz dać sobie zapiąć nowe. Dlaczego tak często źle o sobie myślę, gardzę sobą i wstydzę się siebie. Wiecznie porównuję, analizuję, rozgryzam - pierdolone szaleństwo, kto to stworzył?
Kim są Ci, których nie widzę, Ci których oddech czuję na plecach. Szybko, szybciej - nie obracaj się, biegnij, patrz przed siebie, nie pytaj. Czerń, biel, czerwień, tysiące kolorów, imion i nazw.
Czuję się wolny do momentu kiedy linia mojego życia natrafia na zimny mur wtedy plącze się i ze strachu chowam się w sobie na wiele długich dni i nocy. Są ciągle takie miejsca, które znam tylko ja.
Jestem naiwny, prosty, infantylny i pierdolę to, że tak nie wypada, że to nie na miejscu. Szukam naturalnego stanu. Wolność, chaos, niewiedza i pustka i tylko nie patrz na mnie nigdy więcej w ten sposób.

Jestem czymś co było, co jest i co będzie. Jestem jedyną rzeczą stała. To czego chwytam się w chwilach ostatnich jest głęboko we mnie. Nigdy tego nie poznasz, nie dotkniesz, nie ujarzmisz. To jest druga strona - niewielu tam przechodzi.
O sobie wykrzykuję infantylne i srogie prawdy, opisuję się najgorzej jak potrafię, czyli szczerze i prawdziwie. Wyrywam swoje serce z własnej piersi, własnymi rękoma.
Odstaję od tysiąca huśtających się trzcin, jestem bardziej łamliwy, bardziej dojrzały przez co słabszy. I gdy nikt nie słucha i ja tracę słuch, gdy nikt nie widzi tak piszę o sobie:

Głuchy, ślepy i od krzyku wnętrza pozbawiony strun głosowych.
Niezależnie uzależniony od zależnej mowy, taki stary a prawie jak nowy.
Rozpadam się, kołyszę jak skoczek linowy.
W nocy szarym krukiem, wypłukuję czerń, w dzień kolorowy.
Tysiące myśli płynie przez mojej duszy sito, nietknięte codziennością.
Plączą się, łkają jak by je z tropu zbito.
Chamski gdy nie trzeba, romantyczny kiedy zechcę.
Zaburzenia emocjonalne, kłamliwe spojrzenia, jestem?
Może mnie nie ma? To i tak się nie liczy.
To nic nie zmienia.
Piszę o sobie, rozmyślając o innych.
Nie pojmuję czym jest wina, niewinności jednak szukam w cudzych sumieniach.
Powszechnie zapatrzony w obraz zamglony.
Ostrością w tym rozmytym świecie są zmysły, każdy z nich szalony.
Słucham tylko bicia serc, więc jestem ogłuszony.
Widzę tylko myśli, wzrok z rozumem pomylony.
Węsze tylko kłamstwa, oszczerstwami przestraszony.
Dotykam tylko słów, pokrytych bliznami, pokaleczony.
Smakuję ludzkich uczuć, więc jestem zniesmaczony.
Pogubiłem się niewybaczalnie i przymieram głodem.
Zjadam polne kamienie i ogrzewam się chłodem.
Kocham znienawidzonych, odrzuconych przez schematy.
Oblewam ich miłością, zamiast czuć na raty.
Kłamię tylko wtedy, kiedy trzeba mówić szczerze.
Mówię: "Jestem Bogiem!", chociaż sam w to nie wierzę.
Zawodzę tylko tych, którzy mnie nie zawiedli.
Nieznośny raz w tygodniu, od poniedziałku do niedzieli.
Nie posiadam już niczego, więc rozdaję siebie.
Brakuje mi kawałków, kiedy jestem w potrzebie.
Jestem chudy i kościsty, lecz wypełnia mnie zwątpienie.
Napuszony wręcz, nadzieją, że kiedyś ludzi zmienie.
Byle nie w siebie! Byle nie w siebie!
Bo najniżej cenię siebie, dziś już JA nie jest w cenie.
Nie chcę zmienić ich w potwory, jak wyglądał by świat?
Dumny z siebie, napstroszony, oschły.
-Brat!? Nie brat! Zabij, świat to kat!

Ziemia pusta, a na niej same cienie.
W perzynę się obróci, tak świata nie zmienię.
Rozdzierający krzyk pomsty i rozpaczy.
Oto czym jestem! Wszystkim i niczym, jednocześnie.
Paradą paradoksów, durną sprzeczością.
Synem marnotrawnym o połowiczenj połamanej duszy.
Rosą na polanie, co za chwilę się osuszy.

Herezją i świętością, dogmatem i skargą, wielbicielem szczęścia i posłańcem katuszy...

Podziel się
oceń
1
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

O przeznaczeniu i ludzkiej naiwności słów kilka.

wtorek, 08 czerwca 2010 0:27
Chwalmy wolność umysłu!

Los, przeznaczenie, fatum, coś co musiało nastąpić i takie tam...
Wielu pokłada nadzieję, że coś takiego istnieć musi, coś co z góry przesądza o nas i naszym losie. Nasze dokonania, sukcesy a przede wszystkim błędy tłumaczymy zgrabnym zdankiem " Tak musiało być", wygodne prawda? Jednak weźmy na warsztat całą tą felerną sprawę z przeznaczeniem i wyrokami opatrzności. Co tak naprawdę skłania nas do wiary w z góry ustalony przebieg wydarzeń? Dlaczego sądzimy, że to co nam się czasami przytrafia musiało być gdzieś "zapisane" i niezależnie od naszych poczynań to wydarzenie i tak by nastąpiło? Może to nasz własny instynkt, podpowiada, że właśnie takie a nie inne wytłumaczenie jest najwygodniejsze? To absurdalna hipokryzja myśli o ile coś takiego może zaistnieć. Czy nasze myśli a w konsekwencji czyny mogą być z natury samolubne i hipokrytyczne? Jeśli tak, to właśnie teraz powinny bronić się z całych sił przed tym co napisałem, a tak nie było. Co więc tak naprawdę kryje się za tym całym przeznaczeniem? Kończę z pytaniem i zaczynam udzielać odpowiedzi, co prawda wymyślanych na gorąco. Słyszał ktoś o efekcie motyla? Kiedyś jakiś Chiński filozof użył bardzo rozbudowanej metafory ( w chińskim musiała zajmować z 4 strony papirusu ) powiedział, że nie znosi motyli, świat jest bowiem szeregiem dziwnych zależności tak ściśle ze sobą powiązanych, że trzepot delikatniejszych niż jedwab motylich skrzydeł może wywołać burzę gdzieś w głębi kraju. Facet musiał być dość mądry bo potem ten motyw przewijał się w różnych amerykańskich kinowych produkcjach. To tak zwany efekt motyla, moim zdaniem rozwiązanie całej zagadkowości przeznaczenia i naszego losu. Wróżki, wieszcze, jasnowidze - "przepowiadają" przyszłość jednak opierając się na "efekcie motyla" wszystko to jest gówno warte. Schemat jest prosty Przyczyna - > Skutek, nie wiem czy cokolwiek jest w stanie coś zmienić w naszym życiu oprócz nas samych i otaczających nas okoliczności. Każdy mały ruch, każda drobinka naszych myśli czy działań ma powiązanie z tym co się wydarzy w przyszłości. Jak śpiewał już dawno martwy Magik, Katowicki hip - hopowy mistrz ( Polski mistrz ? ) "Hierarchia wartości[...] Przyczynowo skutkowe zależności". Dokładnie! Wszystko co ma przyczynę ma też skutek i tu jest kot pogrzebany, dokonujemy wyborów nie wiedząc czy są słuszne czy może nie. Potem ubolewamy nad naszym losem mówiąc, że to zasługa przeznaczenia i to ono nas krzywdzi, przeznaczenia lub Boga, jak kto woli. Tym samym nie myśląc o tym co zrobiliśmy wcześniej, o łańcuchu naszych niepowodzeń i złych decyzji usprawiedliwamy siebie i obmywamy ręce. Gdy spotka nas sukces to co wtedy? TO TYLKO NASZA ZASŁUGA, chełpimy się naszym talentem i szczęściem które rzekomo nas spotkało czy coś w tym rodzaju...

... co nam z wiedzy, że sami sobie jesteśmy winni? Co nam po efekcie motyla, który trzepotem swoich skrzydeł mógł wywołać 50 tornad w Ameryce? Dochodzę do wniosku, że ta wiedza to brzemię, żelazna kurtyna oddzielająca nas od szczęścia i czystości podobno istniejącego sumienia. Jeśli zastanowimy się nad swoim życiem i przyjmiemy ten wywód za prawdziwy, to okazuje się, że jesteśmy sobie sami winni za kształt jaki przybrała nasza młodość i teraz sami kształtujemy naszą dorosłość. Czy jesteście w stanie nieść taki bagaż odpowiedzialności? Czy może odpowiedzialność za samych siebie i swoje decyzje jest wam obca? Bo jeśli tak, to brak mi słów. Obłuda jaką nas karmią codziennie, manipulacja naszymi myślami a nawet uczuciami to nic w porównaniu z tym, że sami gubimy się w sobie. Widzimy tylko labirynt i dojście do celu, zapominamy żeby wziąć kłębek nici który doprowadzi nas do ewentualnego początku jeśli cel zamierzony nie będzie taki jak oczekiwaliśmy. Exodus jest już niemożliwe, być może pisząc to naruszyłem jakąś komórkę w swojej dłoni która za 10 lat przekształci się w nowotwór skóry, ale co jeśli bym tego nie napisał? Oto kolejne pytanie i zarazem nienormalna zależność, bo o tym jakie ewentualnie lepsze decyzje mogliśmy podjąć, dowiadujemy się już analizując skutki. Dlatego ostrożność i rozwaga na każdym kroku może nic nie dać a jedynie uprzykrzyć nam życie, widać musimy się z tym pogodzić, rozpoczynamy jakąś reakcję łańcuchową której efekty poznamy niebawem. Pluć w brodę możemy sobie po fakcie. Nie sądze jednak, żeby tłumaczenie naszych klęsk i cierpień przez pojęcie losu i przeznaczenia miało jakiś głębszy sens, bo to tak samo możliwe jak to, że Pudzian dorobi się na wyszywaniu kujawskich koronek. Gdybanie na przyszłość zostawmy prorokom, rozmyślenia o przyszłości nie przynoszą sensu skoro nie da się jej zmienić. Zajmijmy się teraźniejszymi decyzjami i priorytetami, aby potem nie narzekać, że los nas skrzywdził wykrzykując w ostatniej chwili życia " O przeznaczenie! Jakieś ty jesteś dla mnie okrutne! Czemuż mnie tak zraniło?" bo to naprawdę nie ma sensu. Jak z resztą większość tych pogmatwanych przekonań.

Wygrzebałem coś mojego, a jakże! Stare ale tematycznie pasuje. A teraz Dobranoc... przepraszam, że tak zanudzam i przedłużam.

"Przeznaczenie"



Jak ogród wiosenny zakwita różami

Tak nasze życie usłane wyborami

A wybór jak ogień lub płomień rażący

Popiół i dym ze soba niosący

Spala mosty przez nas nie wybrane

Zatraca łzy od zawsze wylewane

Naszym wyborem jest radość lub smutek

Lecz pamiętaj - co przyczyne ma, ma tez skutek

Wybierz więc smutek by dławić się radością!

Żyj w świetle dnia by zakryć się ciemnością!

Wszystko co młode przesiąknie starością....

Co pełne nienawiści nasyci się miłością...

Bo liczy się to co dasz i co bierzesz

Liczy się to... czy dobrze wybierzesz?

Ponad wszystko wybieraj to co serce każe

Bo wybór serca razem ze szczęściem idzie w parze

Wybieraj rozsądnie bo dróg jest nie mało

I nie odstanie sie to co raz się już stało

Lecz na tym świecie są rzeczy których Ja nie zmienie...

Jak piękno dnia, jak blaski i cienie

Jak radości i smutki, Jak gwiazd iskrzenie

I wiesz co jeszcze? Marzeń nie zmienie

I niezależnie jakimi wyborami...

Nie zmienie tego co jest między nami

Reszta z wyboru- przyczyne ma i skutek...

I wiesz co?

Na tą trucizne nie ma już odtrutek

A Ja?

W dzień pełen słońca wchodze w uliczke ciemną

A mój wybór?

Biała kartka przede mną

I pióro w dłoni, nic mnie tu nie trzyma

I nic mnie nie goni

Zamknięty w świecie wyborów - słabości -

Wiesz o czym myślę?

Myślę o Miłości

Że...

Że Miłośc jest inna

Miłości nie zmienie

Miłośc to nie wybór

...To... Przeznaczenie...
( Kurcze, jakie ja kiedyś miałem rymy, pożal się... no nieważne, pożal się. )
Podziel się
oceń
1
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Pseudo, pseudo, uczuć giełdo!

wtorek, 01 czerwca 2010 23:51
Nikt nie pyta choroby, jak się z niej wyleczyć.
W całym tym poplątanym logarytmie naszego życia, gubimy się szukając "iksów", ale tak naprawdę po co? To tak samo bezcelowe jak matematyczna metafora tworzona przez taki mózg jak mój. Przecież ja do cholery nawet nie wiem co to są logarytmy...

... mówią mi, że wszystko da się opisać, wmawiają, że świat jest ułożony - znaczy się, ma swój rytm i porządek - gówno prawda. To oni widzą porządek w tym chaosie, jednak samego chaosu nie dostrzegają. Te wszystkie afery, poruszenia, wiązanki uczuć, żale, przebaczenia, konflikty, "uczucia na pokaz" to swoisty świat na opak. Nic nie jest na swoim miejscu, chociaż wielu nie wyobraża sobie, że coś mogło by zmienić aktualne położenie. Przypuszczam jednak - co dołuje mnie coraz bardziej - że świat i ludzie ( bo to ponoć oni są ŚWIATEM ) byli tacy od zawsze, w swoim zapartym egoizmie posunęliśmy się już tak daleko, że nawet jeśli chodzi o naszą głupotę i destruktywność względem otoczenia uważamy się za najlepszych. To nie jest już zdrowe, rozumiem egoistów którzy widzą siebie w centrum pozytywnych uwag i opiewani własną pychą czczą siebie niczym figurkę na rozdrożu. Żeby jednak twierdzić, że to nasze czasy są najgorsze, że to my możemy być " dumni " bo oto nastał czas anarchii i bezprawia i to nasze pokolenie jest najdurniejsze? Lekka przesada, moi drodzy mieszkańcy planety Ziemia, może i was zawiodę, nie jesteśmy najgorszymi ludźmi dotąd powiniętymi, nie jesteśmy najbardziej śmierdzącą kupą gnojówki na polu historii. Cóż nie jednego pewnie zawiodłem, bo chociaż w tym moglibyśmy być najlepsi.

Od zawsze uważałem ten padół łez, za coś niedorzecznego, coś totalnie zepsutego i chociaż nie mam IQ 165 ani lotności bystrookiej Dody, widziałem tu tylko cierpienie, żal do Boga za to, że opuścił swoją piaskownicę i zamknął na kłódkę placyk zabaw, widziałem zniechęcenie, egoizm, przemoc, zepsucie, naiwność, słyszałem płacz, krzyk, brudne, szare ulice i nieskładny poszarpany gwar biegnącego do nikąd tłumu.
Taka perspektywa wydawała się prosta, powierzchowna i jak zabawa w skojarzenia, widząc moje miasto lub kulę ziemską na obrazku właśnie to nawinęło by mi się na język. Jednak taka psychologiczna gierka i nedzne spojrzenie na świat, minęło z momentem kiedy poznałem znaczenie słowa " perspektywa" - dość awangardowe słowo - otóż, podobno patrząc na coś z innej perspektywy możemy wady - zamienić w zalety. "A to fart!" - pomyślałem, może teraz zobaczę kolory, świat, pełen tęczy, motylków, zielonych łąk itp. Nic z tego moi drodzy! Ta cała perspektywa nie podziałała, ale już wiem na czym polegał mój błąd. Wiem na czym polega błąd wielu z nas, staramy się dostrzec coś czego nie ma, zamiast patrzeć się na to co jest przez różne pryzmaty. To tak jak z czarno-białym telewizorem. Kiedy byłem mały i mama wysyłała mnie na noc do babci, zawsze cieszyłem się, że będe mógł pooglądać czarno-białą telewizję. Stary telewizor, firmy nie pamiętam, dawał na to wszystko fajne spojrzenie, takie przygaszone. Oto jak powinniśmy najpierw spojrzeć na świat! W czeni i bieli, ze stoickim spokojem przyjąc te wszystkie odcienie szarości i udokumentować to co zakłócały by nam ewentualne barwy. Taki świat, po dłuższym czasie wydaje się być negatywny, dokładnie tak jak pisałem wyżej, przepełniony wadami. Kiedy czarno-biały obraz mi się nudził, szedłem na strych i wyjmowałem stare, duże ( wielkości prawie całego kineskopu ) kolorowe przeźrocza. Nawet nie wiem do czego były, ale razem z dziadkiem nakładałem je na kineskop, pojawiły się złudzenia kolorów, bawiłem się, najpier jednolite ( wszystko czerwone ) potem mieszane. To było właśnie takie zabawne, kontrola nad postrzeganiem wszystkiego. Świat w kolorach, czyli rozkrajając tę metaforę, świat z różnych perpsektyw, ale nie myślowych! Tymi "przeźroczami" które nadają różnych kolorów są... ludzie. Każdy jest inny, każdy nadaje inną barwę i zmusza do innego spojrzenia na świat. Perspektywa, myślę że tu znalazłem odpowiedź na nie zadane pytanie, nie jest tokiem myślenia i punktem widzenia, to ludzie dzięki którym patrzymy na świat inaczej. Nie liczy się ten kto stoi i utwierdza nas w przekonaniu o zgnojeniu się rasy ludzkiej i dążeniu do autodestrukcji, to widzimy sami - liczy się ten kto pokaże, że świat może być inny. Udowodni, że jesteśmy potrzebną widownią w teatrze która może wejść w każdej chwili na scenę i odegrać własny akt. W dowolnym kolorze...


Na dzisiejszy myślowy warsztat, wziąłem też sprawę otwartości, prawdy i tajemnic. Obawiam się jednak, że jestem zamkniętym w sobie kłamcą który nie ma żadnych tajemnic... no nie, aż tak zły to chyba nie jestem.
Na serio, otwartość ludzka jest kwestią sporu, jedni mogą wylewać łzy i uwydatniać nieszczęścia oraz swoje utrapienia przed byle kim - to ci którzy lubią cierpieć.
Dlaczego? Bo ufają innym tak samo jak sobie, cały dowcip polega na tym, żeby nie do końca ufać sobie, wtedy jesteśmy w stanie otworzyć się stopniowo przed kimś kto otwiera się przed nami. Czemu musimy raz na jakiś czas coś z siebie "wylać"? Może dlatego, że jesteśmy właśnie jak te pełne szklanki, gdy już się z nas wylewa to albo utoniemy albo odrobinę przelejmy do innej. Jeśli jeszcze jako tako widzimy przez zalewające nas łzy, dobrze jest wybrać szklankę która nie jest do końca pełna, chyba nie chcecie topić innych prawda?
Do sedna! Nie jestem otwartym człowiekiem, nie jeśli chodzi o najbardziej dotkliwe sprawy, mało mówię o tych sprawach osobom które naprawdę zasługują na odrobinę szczerości z mojej strony. To absurdalne i złe, tak wiem. W życiu jednak oprócz układu trawiennego i pijanego kierowcy taksówki kieruje nami jeszcze jadna rzecz... STRACH. Tak to on, odwieczny towarzysz ludzi, coś co ma nas obronić ale coś czego się boimy. Bo czy boimy się, że nie zdamy z klasy do klasy? Ataku ze strony rozjuszonych fanów Justina Biebera, czy może boimy się samego strachu? JA boję się tego uczucia, że kiedy już coś powiem i moje struny głosowe przestaną drżeć to zapadnie klaustrofobiczna cisza w której zacznę się dusić i uświadamiać sobie, że od tego co powiedziałem nie ma już ucieczki. Mam ten strach w sobie, boję się nieodwracalności moich słów. Zmian jakie przyniosą w moim życiu, obawiam się najbardziej, bo jeśli będzie bardzo źle... to rozładuję się jak bateria, najchętniej w pobliskim pilocie od starego telewizora.

Niekiedy lepiej milczeć, bo żal zawsze jest żalem, nieważne w którą stronę sie skieruje.
Brak wiary w siebie, w tym przypadku bark mojej wiary we mnie samego powoduje coś w rodzaju zamknięcia się w klatce przez którą mogę wyciągać ręce i przez którą mnie widać, ale wiem, że już nigdy do nikogo z zewnątrz nie zdołam się przytulić.

To pisałem JA, po bardzo długiej przerwie... miłej nocy.
Podziel się
oceń
1
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

niedziela, 24 września 2017

Licznik odwiedzin:  7 277  

O mnie

GG:1287977
E-mail: kamesik92@tlen.pl lub kamesik92@o2.pl
Telefon: 502040331

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Czasomierz

« czerwiec »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
282930    

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 7277

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl